czwartek, 21 maja 2009

E. E. Schmitt, Przypadek Adolfa H.

Éric-Emmanuel Schmitt urzekał mnie dotychczas każdą swoją książką, jaką wzięłam do ręki („Oskar i pani Róża”, „Tektonika uczuc”, „Dziecko Noego” itd.). Z przyjemnością więc zabrałam się za „Przypadek Adolfa H.”. Z tym większą radością, iż to chyba najobszerniejsze dzieło Schmitta. Temat wydał mi się szalenie interesujący. Schmitt przedstawia w swojej książce życie Hitlera na dwóch płaszczyznach. Z jednej strony - sfustrowany Adolf niedostający się do Akademii Sztuk Pięknych, zagubiony. Z drugiej zaś strony autor proponuje nam swoją wersję losów Hitlera: to, co mogłoby wydarzyć się, gdyby jego artystyczny potencjał został doceniony przez komisję rekrutacyjną. Tak oto rozpoczyna się literacka podróż, ukazująca bohatera książki z zupełnie innej perspektywy niż ta, jaką proponują nam źródła historyczne.

Na człowieka składają się wybory i okoliczności. Nikt nie ma władzy nad okolicznościami, ale każdy ma władzę wyboru.

Schmitt konstruuje postać bohatera tak, że momentami jest nam go zwyczajnie żal. Gdyby ktoś powiedział mi to przed lekturą, potraktowałabym to sceptycznie. Bo jak można współczuć komuś, kto doprowadził do śmierci tylu ludzi i do tak dramatycznych zdarzeń historycznych? A jednak.. Autor snuje hipotezę, że naszym losem rządzi przypadek, przynajmniej częściowo. Gdyby Adolf Hitler potraktowany został łaskawiej przez szanowne grono rekrutacyjne, wszystko potoczyłoby się inaczej. Nie klepałby biedy przez lata, nie tułałby się po przytułkach, nie znalazłby jedynej przyjemności w wojnie. Nie... Dałby się natomiast poznać jako czuły kochanek, wspaniały przyjaciel i kochający sztukę artysta. A co najważniejsze, spotkałby na swej drodze znanego wszystkim doktora Freuda, który uwolniłby go od jego seksualnych frustracji i oczyścił z poczucia winy po śmierci znienawidzonego ojca.

Ale mężczyzna i kobieta nigdy nie będą się kochać równie autentycznie jak dwóch przyjaciół, gdyż ich relacja jest zepsuta uwodzeniem. Odgrywają role. Gorzej, każde z nich szuka najpiękniejszej roli. Teatr. Komedia. Kłamstwo. Nie ma bezpieczeństwa w miłości, gdyż każdy myśli, że musi udawać, że nie może być kochanym takim, jaki jest. Pozory. Sztuczna fasada. Wielka miłość to udane i wciąż ponawiane kłamstwo.

Niektórych takie „gdybanie” może nie przekonywać. Dla mnie stanowiło jednak okazję do zadumy. Nie wszystko zależy od nas... Żyjemy przecież w społeczeństwie, poznajemy różnych ludzi, podejmujemy za ich namowami nie zawsze słuszne wybory... Przerażające jest to, że jeden niespełniony człowiek może mieć taką siłę i tłumioną w sobie nienawiść, że nic nie przeszkodzi mu w zemście za wszystkie lata upokorzeń...

Polecam serdecznie! Naprawdę warto przeczytać i dowiedzieć się ciekawych rzeczy na temat życia Adolfa H., tego rzeczywistego i tego wymyślonego przez Schmitta.

poniedziałek, 18 maja 2009

Matka odchodzi

Znowu problemy techniczne ( brak łączności z Internetem) uniemożliwiły mi w ten weekend umieszczenie tego posta na moim blogu. To się nazywa złośliwość rzeczy martwych.
Do napisania tego posta skłoniła mnie książka, która przyznam przypadkowo teraz wpadła w moje ręce kiedy porządkowałam swój księgozbiór. Czytałam tę pozycję już dziesięć lat temu kiedy to zdobyła Nagrodę Nike,przepraszam za nieścisłość nagrodę tę zdobyła w 2000 roku. Jest to najbardziej osobista książka pisarza.
Różewicz pisze..."Juto jest Dzień Matki. Nie pamiętam czy w moim dzieciństwie był taki oficjalny dzień. W moim dzieciństwie każdy dzień był Dniem Matki."
Jest to wyznanie artysty i syna, dopowiedzenie tego czego nie zdążył powiedzieć. Jak wyrzut sumienia brzmi jego wyznanie,że nie zabrał matki do Zakopanego, Krakowa, nad morze. Parokrotnie wspomina..."Kiedy piszę te słowa oczy matki spoczywają na mnie...". Ta część utworu to rozmowa z matką. Na drugą część składają się wspomnienia matki pisarza - Stefani Różewicz (jej dziennik).Wspomnieniami wraca ona do rodzinnych stron do wsi Szynkielew w guberni kaliskiej powiatu wieluńskiego.Bardzo wnikliwie opisuję ona ówczesną sytuację na wsi , biedę zacofanie, brak podstawowych zasad higieny.Dzięki temu,że była rezolutną dziewczyną dostała się na dwór państwa Kozarskich w Konopnicy, gdzie pracowała jako służąca i tam ukończyła Kurs Gospodarstwa Domowego.
Dalej wspomina swoje życie w dwudziestoleciu międzywojennym, narodziny synów Janusza, Tadeusza i Stanisława. Swoje coroczne pielgrzymki na Jasną Górę ( w podzięce za uzdrowienie męża).
Dziennik Gliwicki to okres w życiu pisarza, kiedy zapisuje on swoje odczucia po odprowadzeniu matki do szpitala, dzień po dniu. Pisze o dniach i nocach spędzonych na czuwaniu nad cierpiącą,o swojej bezsilności w obliczu choroby i o bólu, którego nie da się uśmierzyć. Kiedy matka umiera, pisze dalej ja gdyby żyła. Po 20 latach od śmierci matki pisze..."Mamo poznajesz mnie..."
Ostatnia część to wspomnienia pisarza. Wspomina on dzieciństwo, młodość,we wspomnieniach tych przewija się ciągle matka, dobra wyrozumiała, cierpiąca kiedy jej syna Janusza zabrało gestapo (zginął w 1945 roku).
W zakończeniu pisarz wyznaje..."To co było w naszym domu najdroższe, najpiękniejsze to mama."
Niedługo bo już 26 maja będziemy obchodzić Dzień Matki. Polecam przeczytanie tej książki wszystkim córkom synom i zastanowienie się, czy aby w tej ciągłej gonitwie nie zapomniałem/łam o tej najbliższej mi osobie.

środa, 13 maja 2009

Tysiąc drzewek pomarańczowych

Niektórzy z przekonaniem twierdzą, że to najpiękniejsze drzewo na świecie. Zarówno w fazie kwitnienia (przepiękne, biało-żółte, wspaniale pachnące kwiaty) jaki i wtedy, gdy owocuje (w zależności od gatunku, okrągłe owoce o barwie od złotej do zielone, najczęściej jednak pomarańczowe, z pełnią witaminy C, mięsistą i słodką zawartością). Pochodzi najprawdopodobniej z Chin, a uprawiane jest od setek lat. Pojedynczy okaz mierzy od 7 do 10 metrów. Kulista korona składa się z ciemnozielonych, skórzastych liści, o podłużnym kształcie. Poza rewelacyjnymi owocami to drzewo ma jeszcze jedną, „ludzko-matczyną” cechę, która je wyróżnia. Otóż nawet przez trzy miesiące dojrzałe owoce pomarańczy mogą pozostawać na drzewie (przy mamie) bez jakiejkolwiek szkody dla ich jakości. Podobno widok gaju pomarańczowego trudno jest porównać z czymkolwiek. Niech Państwo sobie wyobrażą na przykład setki, albo nawet Tysiące pomarańczowych drzewek. Byc może taki widok był inspiracja do napisania fenomenalnej książki Kathryn Harrison?




Hiszpania. Francisca de Luaraca, córka hodowcy jedwabników, marzy o pięknym, zaczarowanym życiu. Francja. Maria Luiza de Bourbon tańczy na dworze swojego wuja, Króla Słońce, w pantofelkach z hiszpańskiego jedwabiu i wdycha zapach kwitnących drzewek pomarańczowych. Obie urodziły się tego samego dnia i drogi ich życia biegną bardzo blisko siebie, niemal się dotykając. Każda z nich stanie się ofiarą w świecie naznaczonym piętnem inkwizycji.

Kathryn Harrison połączyła historię z baśnią, rzeczywistość z magią; dzięki temu powstała niezwykła, zapierająca dech opowieść.

Najbardziej spodobały mi się plastyczne i miejscami wstrząsające realizmem opisy życia w Hiszpanii końca XVII wieku, zwłaszcza te dotyczące obyczajowości, mentalności, zabobonów, a także przerażających sposobów leczenia chorób. Wzbudziło grozę zamiłowanie ówczesnych ludzi do oglądania publicznych tortur i egzekucji. Wszechobecny strach przed Inkwizycją. Wiara w cuda, czary, relikwie i amulety. Robi wrażenie pięknie odzwierciedlona atmosfera życia w Eskurialu i w pałacu Ludwika XIV, Króla Słońce. Gorąco polecam!



piątek, 8 maja 2009

11 minut

Miłość to coś, co nigdy się nie nudzi, ale przemija. Ciągle zastanawiamy się jak to jest, że może przeminąć coś tak pięknego. Seks – dla niektórych ludzi to po prostu dodatek do życia, dla innych zaś jest chwilami niezwykłego uniesienia, sacrum. Ludziom nudzi się wszystko, życie, miłość no i wreszcie seks. Często znamy cierpienie i ból tylko z jednej strony. Kojarzy nam się to z łzami, zgrzytaniem zębów, ale nigdy z przyjemnością. Bo czy ból, cierpienie fizyczne i strach może przynieść przyjemność? Przekonała się o tym piękna Brazylijka – Maria , która w dość wczesnym wieku dowiedziała się, co to znaczy sprawiać sobie przyjemność i doznać błogiego uczucia orgazmu.




"Nikt nikogo nie traci, bo nikt nikogo nie może mieć na własność. I to jest najważniejsze przesłanie miłości - mieć najważniejszą osobę na świecie, ale jej nie posiadać."

Chłopaków, mężczyzn przyciągała jej niezwykła uroda, rzadko, kiedy rozmawiali z nią. Nie zwracali uwagi na to, co myśli, kim jest. Była maszyną. Dziewczyna spełniła swoje marzenie, los dał jej szansę wyjazdu do dalekiej Szwajcarii, ale czy to na pewno było spełnienie jej marzeń? Rzeczywistość była inna, żeby się utrzymać i żyć, zaczęła się sprzedawać. Została prostytutką. 11 minut to według bohaterki i jej zawodowych obserwacji czas trwania aktu miłosnego. Ale czy na tym koniec? Nie... Doświadczyła rozkoszy, jaką dał jej ból i strach oraz poznała prawdziwe uczucie, które nie przeminęło. Wszystko jak w bajce, prostytutka zakochuje się, ale czy z wzajemnością i czy wszystko pójdzie po jej myśli? Nigdy do końca nie wiemy, co nas czeka, ale to czy będziemy szczęśliwi zależy tylko od nas samych.

Czytałam między innymi Alchemika i Pielgrzyma więc muszę przyznać, że tym razem autor zaszokował czytelnika konfrontując uczucia wyższe z namiastką pornografii i z tak charakterystyczna dla jego twórczości religijnością.

Książka ta jak na Paula Coelha przeciętna, ale pozwala nam zrozumieć znaczenie słów "druga połowa", a prosty język sprawia, że czyta się ją gładko i bez większego zastanowienia.


"Żadnych pocałunków – pocałunek to dla prostytutki świętość. Nyah uzmysłowiła jej, że powinna zachować pocałunek dla wielkiej miłości, jak Śpiąca Królewna. Pocałunek wyrwie ją ze snu, pozwoli wrócić do krainy baśni. Sprawi, że Szwajcaria znów stanie się krajem czekolady, krów i zegarków."



czwartek, 7 maja 2009

Włodzimierz Odojewski "Oksana"

Po książce Marqueza "Miłość w czasach zarazy", którą wam wcześniej polecałam warto sięgnąć do prozy Odojewskiego. Jego "Oksana" to wspaniała opowieść o miłości, która zwycięża nienawiść i uprzedzenia.
Powieść zaczyna się ucieczką głównego bohatera ze szpitala, gdzie śmiertelnie chory miał "oczekiwać końca". Udaje się on do Włoch gdzie odbywa sentymentalną podróż z miasta do miasta po miejscach, które wcześniej zwiedzał. Ta podróż to ucieczka przed "ostatecznym". W tej całej beznadziejnej sytuacji (choroba), następuje nagła zmiana akcji. Poznaje dużo młodszą od siebie kobietę i nagle ożywają uczucia i wybucha wielka miłość. Oksana jest Ukrainką co przywołuje u naszego bohatera falę wspomnień. Nie są to dobre wspomnienia i nie jest łatwo pokonać uprzedzenia, narosłe jak skorupa przez lata pielęgnowanej nienawiści.
Cóż, więcej nie mogę opisać poza tym, że książka ta ma zaskakujące zakończenie. Ale jakie? Aby się przekonać musisz koniecznie ją przeczytać.

sobota, 2 maja 2009

Labirynt nad morzem to zbiór szkiców Zbigniewa Herberta z podróży do Grecji, do źródeł naszej cywilizacji. Wraz z Barbarzyńcą w ogrodzie i Martwą naturą z wędzidłem tworzy trylogię - niezwykłą opowieść o sztuce Południa i Północy, od antyku do czasów współczesnych. Te szkice można czytać na wiele sposobów. "Co innego znajdzie w nich amator historii starożytnej, co innego wielbiciel eseistyki Herberta. Ten ostatni pobiera - w trakcie lektury - zwięzłą lekcję patrzenia i pisania" (Barbara Marciniak).

"Jeszcze raz ujawniają się w tej prozie i potwierdzają znane skądinąd cechy pisarstwa Herberta: wszechstronna erudycja, klarowna precyzja wykładu i dyscyplina języka, poetyckość i ironia, współczucie i pokora, stałe - mimo wszelkich szaleństw, zbrodni i pokus władzy - poszukiwanie harmonii i ładu." (Janusz Szuber)

"Między światłem i cieniem ostra, diamentem wyrysowana linia, bez całej gamy szarości i półcieni, znanych z krajów Północy. Grecy pokrywali kamienie swoich świątyń malowidłami, aby nie oślepnąć. Ale zanim ich sanktuaria podniosły się w słońcu, serce Grecji biło pod ziemią. (...) Będzie to próba opisania krajobrazu i tego, co zeń wydaje się bezpośrednio wynikać." (Zbigniew Herbert, Labirynt nad morzem)