czwartek, 21 maja 2009

E. E. Schmitt, Przypadek Adolfa H.

Éric-Emmanuel Schmitt urzekał mnie dotychczas każdą swoją książką, jaką wzięłam do ręki („Oskar i pani Róża”, „Tektonika uczuc”, „Dziecko Noego” itd.). Z przyjemnością więc zabrałam się za „Przypadek Adolfa H.”. Z tym większą radością, iż to chyba najobszerniejsze dzieło Schmitta. Temat wydał mi się szalenie interesujący. Schmitt przedstawia w swojej książce życie Hitlera na dwóch płaszczyznach. Z jednej strony - sfustrowany Adolf niedostający się do Akademii Sztuk Pięknych, zagubiony. Z drugiej zaś strony autor proponuje nam swoją wersję losów Hitlera: to, co mogłoby wydarzyć się, gdyby jego artystyczny potencjał został doceniony przez komisję rekrutacyjną. Tak oto rozpoczyna się literacka podróż, ukazująca bohatera książki z zupełnie innej perspektywy niż ta, jaką proponują nam źródła historyczne.

Na człowieka składają się wybory i okoliczności. Nikt nie ma władzy nad okolicznościami, ale każdy ma władzę wyboru.

Schmitt konstruuje postać bohatera tak, że momentami jest nam go zwyczajnie żal. Gdyby ktoś powiedział mi to przed lekturą, potraktowałabym to sceptycznie. Bo jak można współczuć komuś, kto doprowadził do śmierci tylu ludzi i do tak dramatycznych zdarzeń historycznych? A jednak.. Autor snuje hipotezę, że naszym losem rządzi przypadek, przynajmniej częściowo. Gdyby Adolf Hitler potraktowany został łaskawiej przez szanowne grono rekrutacyjne, wszystko potoczyłoby się inaczej. Nie klepałby biedy przez lata, nie tułałby się po przytułkach, nie znalazłby jedynej przyjemności w wojnie. Nie... Dałby się natomiast poznać jako czuły kochanek, wspaniały przyjaciel i kochający sztukę artysta. A co najważniejsze, spotkałby na swej drodze znanego wszystkim doktora Freuda, który uwolniłby go od jego seksualnych frustracji i oczyścił z poczucia winy po śmierci znienawidzonego ojca.

Ale mężczyzna i kobieta nigdy nie będą się kochać równie autentycznie jak dwóch przyjaciół, gdyż ich relacja jest zepsuta uwodzeniem. Odgrywają role. Gorzej, każde z nich szuka najpiękniejszej roli. Teatr. Komedia. Kłamstwo. Nie ma bezpieczeństwa w miłości, gdyż każdy myśli, że musi udawać, że nie może być kochanym takim, jaki jest. Pozory. Sztuczna fasada. Wielka miłość to udane i wciąż ponawiane kłamstwo.

Niektórych takie „gdybanie” może nie przekonywać. Dla mnie stanowiło jednak okazję do zadumy. Nie wszystko zależy od nas... Żyjemy przecież w społeczeństwie, poznajemy różnych ludzi, podejmujemy za ich namowami nie zawsze słuszne wybory... Przerażające jest to, że jeden niespełniony człowiek może mieć taką siłę i tłumioną w sobie nienawiść, że nic nie przeszkodzi mu w zemście za wszystkie lata upokorzeń...

Polecam serdecznie! Naprawdę warto przeczytać i dowiedzieć się ciekawych rzeczy na temat życia Adolfa H., tego rzeczywistego i tego wymyślonego przez Schmitta.

poniedziałek, 18 maja 2009

Matka odchodzi

Znowu problemy techniczne ( brak łączności z Internetem) uniemożliwiły mi w ten weekend umieszczenie tego posta na moim blogu. To się nazywa złośliwość rzeczy martwych.
Do napisania tego posta skłoniła mnie książka, która przyznam przypadkowo teraz wpadła w moje ręce kiedy porządkowałam swój księgozbiór. Czytałam tę pozycję już dziesięć lat temu kiedy to zdobyła Nagrodę Nike,przepraszam za nieścisłość nagrodę tę zdobyła w 2000 roku. Jest to najbardziej osobista książka pisarza.
Różewicz pisze..."Juto jest Dzień Matki. Nie pamiętam czy w moim dzieciństwie był taki oficjalny dzień. W moim dzieciństwie każdy dzień był Dniem Matki."
Jest to wyznanie artysty i syna, dopowiedzenie tego czego nie zdążył powiedzieć. Jak wyrzut sumienia brzmi jego wyznanie,że nie zabrał matki do Zakopanego, Krakowa, nad morze. Parokrotnie wspomina..."Kiedy piszę te słowa oczy matki spoczywają na mnie...". Ta część utworu to rozmowa z matką. Na drugą część składają się wspomnienia matki pisarza - Stefani Różewicz (jej dziennik).Wspomnieniami wraca ona do rodzinnych stron do wsi Szynkielew w guberni kaliskiej powiatu wieluńskiego.Bardzo wnikliwie opisuję ona ówczesną sytuację na wsi , biedę zacofanie, brak podstawowych zasad higieny.Dzięki temu,że była rezolutną dziewczyną dostała się na dwór państwa Kozarskich w Konopnicy, gdzie pracowała jako służąca i tam ukończyła Kurs Gospodarstwa Domowego.
Dalej wspomina swoje życie w dwudziestoleciu międzywojennym, narodziny synów Janusza, Tadeusza i Stanisława. Swoje coroczne pielgrzymki na Jasną Górę ( w podzięce za uzdrowienie męża).
Dziennik Gliwicki to okres w życiu pisarza, kiedy zapisuje on swoje odczucia po odprowadzeniu matki do szpitala, dzień po dniu. Pisze o dniach i nocach spędzonych na czuwaniu nad cierpiącą,o swojej bezsilności w obliczu choroby i o bólu, którego nie da się uśmierzyć. Kiedy matka umiera, pisze dalej ja gdyby żyła. Po 20 latach od śmierci matki pisze..."Mamo poznajesz mnie..."
Ostatnia część to wspomnienia pisarza. Wspomina on dzieciństwo, młodość,we wspomnieniach tych przewija się ciągle matka, dobra wyrozumiała, cierpiąca kiedy jej syna Janusza zabrało gestapo (zginął w 1945 roku).
W zakończeniu pisarz wyznaje..."To co było w naszym domu najdroższe, najpiękniejsze to mama."
Niedługo bo już 26 maja będziemy obchodzić Dzień Matki. Polecam przeczytanie tej książki wszystkim córkom synom i zastanowienie się, czy aby w tej ciągłej gonitwie nie zapomniałem/łam o tej najbliższej mi osobie.

środa, 13 maja 2009

Tysiąc drzewek pomarańczowych

Niektórzy z przekonaniem twierdzą, że to najpiękniejsze drzewo na świecie. Zarówno w fazie kwitnienia (przepiękne, biało-żółte, wspaniale pachnące kwiaty) jaki i wtedy, gdy owocuje (w zależności od gatunku, okrągłe owoce o barwie od złotej do zielone, najczęściej jednak pomarańczowe, z pełnią witaminy C, mięsistą i słodką zawartością). Pochodzi najprawdopodobniej z Chin, a uprawiane jest od setek lat. Pojedynczy okaz mierzy od 7 do 10 metrów. Kulista korona składa się z ciemnozielonych, skórzastych liści, o podłużnym kształcie. Poza rewelacyjnymi owocami to drzewo ma jeszcze jedną, „ludzko-matczyną” cechę, która je wyróżnia. Otóż nawet przez trzy miesiące dojrzałe owoce pomarańczy mogą pozostawać na drzewie (przy mamie) bez jakiejkolwiek szkody dla ich jakości. Podobno widok gaju pomarańczowego trudno jest porównać z czymkolwiek. Niech Państwo sobie wyobrażą na przykład setki, albo nawet Tysiące pomarańczowych drzewek. Byc może taki widok był inspiracja do napisania fenomenalnej książki Kathryn Harrison?




Hiszpania. Francisca de Luaraca, córka hodowcy jedwabników, marzy o pięknym, zaczarowanym życiu. Francja. Maria Luiza de Bourbon tańczy na dworze swojego wuja, Króla Słońce, w pantofelkach z hiszpańskiego jedwabiu i wdycha zapach kwitnących drzewek pomarańczowych. Obie urodziły się tego samego dnia i drogi ich życia biegną bardzo blisko siebie, niemal się dotykając. Każda z nich stanie się ofiarą w świecie naznaczonym piętnem inkwizycji.

Kathryn Harrison połączyła historię z baśnią, rzeczywistość z magią; dzięki temu powstała niezwykła, zapierająca dech opowieść.

Najbardziej spodobały mi się plastyczne i miejscami wstrząsające realizmem opisy życia w Hiszpanii końca XVII wieku, zwłaszcza te dotyczące obyczajowości, mentalności, zabobonów, a także przerażających sposobów leczenia chorób. Wzbudziło grozę zamiłowanie ówczesnych ludzi do oglądania publicznych tortur i egzekucji. Wszechobecny strach przed Inkwizycją. Wiara w cuda, czary, relikwie i amulety. Robi wrażenie pięknie odzwierciedlona atmosfera życia w Eskurialu i w pałacu Ludwika XIV, Króla Słońce. Gorąco polecam!



piątek, 8 maja 2009

11 minut

Miłość to coś, co nigdy się nie nudzi, ale przemija. Ciągle zastanawiamy się jak to jest, że może przeminąć coś tak pięknego. Seks – dla niektórych ludzi to po prostu dodatek do życia, dla innych zaś jest chwilami niezwykłego uniesienia, sacrum. Ludziom nudzi się wszystko, życie, miłość no i wreszcie seks. Często znamy cierpienie i ból tylko z jednej strony. Kojarzy nam się to z łzami, zgrzytaniem zębów, ale nigdy z przyjemnością. Bo czy ból, cierpienie fizyczne i strach może przynieść przyjemność? Przekonała się o tym piękna Brazylijka – Maria , która w dość wczesnym wieku dowiedziała się, co to znaczy sprawiać sobie przyjemność i doznać błogiego uczucia orgazmu.




"Nikt nikogo nie traci, bo nikt nikogo nie może mieć na własność. I to jest najważniejsze przesłanie miłości - mieć najważniejszą osobę na świecie, ale jej nie posiadać."

Chłopaków, mężczyzn przyciągała jej niezwykła uroda, rzadko, kiedy rozmawiali z nią. Nie zwracali uwagi na to, co myśli, kim jest. Była maszyną. Dziewczyna spełniła swoje marzenie, los dał jej szansę wyjazdu do dalekiej Szwajcarii, ale czy to na pewno było spełnienie jej marzeń? Rzeczywistość była inna, żeby się utrzymać i żyć, zaczęła się sprzedawać. Została prostytutką. 11 minut to według bohaterki i jej zawodowych obserwacji czas trwania aktu miłosnego. Ale czy na tym koniec? Nie... Doświadczyła rozkoszy, jaką dał jej ból i strach oraz poznała prawdziwe uczucie, które nie przeminęło. Wszystko jak w bajce, prostytutka zakochuje się, ale czy z wzajemnością i czy wszystko pójdzie po jej myśli? Nigdy do końca nie wiemy, co nas czeka, ale to czy będziemy szczęśliwi zależy tylko od nas samych.

Czytałam między innymi Alchemika i Pielgrzyma więc muszę przyznać, że tym razem autor zaszokował czytelnika konfrontując uczucia wyższe z namiastką pornografii i z tak charakterystyczna dla jego twórczości religijnością.

Książka ta jak na Paula Coelha przeciętna, ale pozwala nam zrozumieć znaczenie słów "druga połowa", a prosty język sprawia, że czyta się ją gładko i bez większego zastanowienia.


"Żadnych pocałunków – pocałunek to dla prostytutki świętość. Nyah uzmysłowiła jej, że powinna zachować pocałunek dla wielkiej miłości, jak Śpiąca Królewna. Pocałunek wyrwie ją ze snu, pozwoli wrócić do krainy baśni. Sprawi, że Szwajcaria znów stanie się krajem czekolady, krów i zegarków."



czwartek, 7 maja 2009

Włodzimierz Odojewski "Oksana"

Po książce Marqueza "Miłość w czasach zarazy", którą wam wcześniej polecałam warto sięgnąć do prozy Odojewskiego. Jego "Oksana" to wspaniała opowieść o miłości, która zwycięża nienawiść i uprzedzenia.
Powieść zaczyna się ucieczką głównego bohatera ze szpitala, gdzie śmiertelnie chory miał "oczekiwać końca". Udaje się on do Włoch gdzie odbywa sentymentalną podróż z miasta do miasta po miejscach, które wcześniej zwiedzał. Ta podróż to ucieczka przed "ostatecznym". W tej całej beznadziejnej sytuacji (choroba), następuje nagła zmiana akcji. Poznaje dużo młodszą od siebie kobietę i nagle ożywają uczucia i wybucha wielka miłość. Oksana jest Ukrainką co przywołuje u naszego bohatera falę wspomnień. Nie są to dobre wspomnienia i nie jest łatwo pokonać uprzedzenia, narosłe jak skorupa przez lata pielęgnowanej nienawiści.
Cóż, więcej nie mogę opisać poza tym, że książka ta ma zaskakujące zakończenie. Ale jakie? Aby się przekonać musisz koniecznie ją przeczytać.

sobota, 2 maja 2009

Labirynt nad morzem to zbiór szkiców Zbigniewa Herberta z podróży do Grecji, do źródeł naszej cywilizacji. Wraz z Barbarzyńcą w ogrodzie i Martwą naturą z wędzidłem tworzy trylogię - niezwykłą opowieść o sztuce Południa i Północy, od antyku do czasów współczesnych. Te szkice można czytać na wiele sposobów. "Co innego znajdzie w nich amator historii starożytnej, co innego wielbiciel eseistyki Herberta. Ten ostatni pobiera - w trakcie lektury - zwięzłą lekcję patrzenia i pisania" (Barbara Marciniak).

"Jeszcze raz ujawniają się w tej prozie i potwierdzają znane skądinąd cechy pisarstwa Herberta: wszechstronna erudycja, klarowna precyzja wykładu i dyscyplina języka, poetyckość i ironia, współczucie i pokora, stałe - mimo wszelkich szaleństw, zbrodni i pokus władzy - poszukiwanie harmonii i ładu." (Janusz Szuber)

"Między światłem i cieniem ostra, diamentem wyrysowana linia, bez całej gamy szarości i półcieni, znanych z krajów Północy. Grecy pokrywali kamienie swoich świątyń malowidłami, aby nie oślepnąć. Ale zanim ich sanktuaria podniosły się w słońcu, serce Grecji biło pod ziemią. (...) Będzie to próba opisania krajobrazu i tego, co zeń wydaje się bezpośrednio wynikać." (Zbigniew Herbert, Labirynt nad morzem)

środa, 29 kwietnia 2009

Miłość nad rozlewiskiem

"Miłość nad rozlewiskiem" Małgorzaty Kalicińskiej jest 3-cią częścią powieściowego cyklu. Pierwsza książka z tej serii to "Dom nad rozlewiskiem" - współczesna saga rodzinna, której akcja przeniesiona jest na Mazury. Główna bohaterka Małgorzata ucieka z Warszawy i zmienia całe swoje dotychczasowe życie. Osiada na Mazurach i wrasta w tamtejszą społeczność i klimat. "Powroty nad rozlewiskiem" są niejako pierwszą częścią owej sagi. Osadzone w realiach lat 1945-1980 traktują o burzliwych losach Basi - matki Małgorzaty. W "Miłości nad rozlewiskiem" autorka kreśli natomiast historię dwóch kobiet: Gosi, której życie się stabilizuje i Pauli - przyjaciółki jej córki, która niespodziewanie zamieszkała nad rozlewiskiem. Obie kobiety z własnej perspektywy opisują otaczającą ich rzeczywistość. Autorka ukazuje czytelnikowi znaczenie własnej rodziny, korzeni. Uczy jak być kowalem własnego losu i nie bać się ppodejmować ryzyka. Trylogię tę polecam wszystkim cyztelnikom, którzy lubią lekką i prostą w odbiorze prozę. Powieści te, zaprawiane dawką humoru, przeplatane specjałami kuchni mazurskiej, czyta się z przyjemnością.

niedziela, 26 kwietnia 2009

Jesienna miłość

Nie jestem w stanie stwierdzić dokładnie, ile już razy przeczytałam tę książkę. Wiem jednak, że za każdym razem działo się ze mną to samo. Ciekawość, niepewność i nadzieja - oto co czułam, poznając historię pewnego nastolatka, wkraczającego powoli w dorosłe życie.


Jest rok 1958. Landon Carter to beztroski chłopak, który całą swoją uwagę skupia na teraźniejszości, nie bardzo troszcząc się o to, co przyniesie mu przyszłość.

Zbliża się bal i nasz bohater nie ma z kim się wybrać. W odruchu desperacji (bo cóż to za upokorzenie - pojawić się na jakiejkolwiek imprezie bez dziewczyny!) zaprasza córkę pastora - Jamie Sullivan, niecieszącą się wśród rówieśników zbyt dużą popularnością. Dziewczyna bowiem różni się od innych nastolatków. Wolny czas poświęca na niesienie pomocy potrzebującym i nie rozstaje się z Biblią. Nawet Landon uznaje ją za dziwaczkę. Nie wie jednak, że los sprawi, iż będzie zmuszony bliżej ją poznać...

"Jesienna miłość" to książka, której nie sposób wyrzucić z pamięci. Pokazuje we wspaniały sposób, co jest w nas najpiękniejsze. Wszyscy jesteśmy w stanie obdarzyć kogoś uczuciem gorącym i wiecznym. Godna polecenia!

czwartek, 23 kwietnia 2009

Powrót do tajemniczego ogrodu

Mary, Colin i Dickon przestali być dziećmi – teraz stoją przed nimi niezliczone możliwości, ale i pułapki dorosłego życia. Diakon walczy w I wojnie światowej, Mary decyduje się na małżeństwo i wyjeżdża do Indii, Colin zamierza założyć firmę…

W tajemniczym ogrodzie swego dzieciństwa odkryli piękno przyjaźni, wierności i, co najważniejsze, miłości – teraz doświadczą tego, jak bardzo może ona być trudna, jak różne są jej oblicza. Doświadczą też okrucieństwa wojny, po której ich świat już nigdy nie będzie taki sam. Na szczęście wciąż trwa tajemniczy ogród, od którego wszystko się zaczęło.

Sudan Moody pokazuje koniec starego i początek nowego świata. Mimo staroświeckiego kostiumu jest to opowieść nowoczesna, dotykająca uniwersalnych problemów relacji międzyludzkich, miłości między kobietą i mężczyzną i miłości rodzicielskiej, opowieść o potężnej sile życia, która każe się podnosić nawet z największych klęsk. Gorąco polecam!

sobota, 18 kwietnia 2009

Sto lat samotności

"Sto lat samotności" trafiło w moje ręce przypadkiem.

Książka ta jest opowieścią o powstaniu, rozkwicie, chyleniu się ku ruinie oraz całkowitym upadku miasteczka Macondo oraz rodziny, która je założyła - rodziny Buendiów.

Realizm w połączeniu z fantastyką, szczególnie w wydanu Márqueza, jest piękny. Wniebowzięcie najpiękniejszej kobiety świata, kazirodcze miłości, zmniejszanie się bohaterki aż do wielkości lalki, są zestawione z realnymi problemami naszego świata z lekkim posmakiem magii. Obłęd samotności, nieszczęśliwe miłości, morderstwo, którego nie było i wiele, wiele innych to tylko nieliczne wydarzenia, które budują atmosferę tego dzieła. A jest ich znacznie więcej.

Kiedy czytałam tę książkę, miałam dziwne odczucia. Początkowe dzieje rodziny opisane są bardzo szczegółowo. Przykładem może być życie założyciela całego rodu Buendiów, które przesycone jest szczegółami. Natomiast potem odniosłam wrażenie, że późniejsi bohaterowie są pominięci. W moim odczuciu są potraktowani pobieżnie. Ale przez to ciągle pamięta się o początkowych bohaterach. Ciągle ma się ich w pamięci. I gdy czyta się ostatnie zdania książki, cała historia tego rodu przemyka przed oczyma. Wyobraźnia pracuje, myśli krążą nad Macondo... chciałoby się towarzyszyć bohaterom przez ich sto lat, w czasie których ciążyło nad nimi piętno samotności...

piątek, 17 kwietnia 2009

Trzepot Skrzydeł

"Trzepot skrzydeł"Katarzyny Grocholi zdecydowanie różni się od pozostałych ksiażek tej autorki. Pisarka poprzez beznamiętną relację ukazała los kobiety, ktora w imię chorej milosci godziła sie na ból i upokorzenia ze strony meża. Ukazala relacje kat-ofiara. To co dzieje sie za zamknietymi drzwiami w domu Hanki dotyka wiele innych kobiet. Ksiażka ta jest godna polecenia szczególnie młodym kobietom, które pragną wejść w związek małżeński lub, które żyją w takich zwiazkach, jak główna bohaterka. Hance udaje się w końcu pokonać strach i "rozwinąć skrzydła". Książka ta jest do bólu prawdziwa, czyta się ją "jednym tchem". Beznamiętna narracja potęguje dramat głównej bohaterki.
Jest to inna powieść Grocholi, nie lekka lecz glęboka w treści i z dobrze ujętym portretem psychologicznym ofiary i kata. Daje dużo do myślenia, skłania do refleksji. Polecam!

sobota, 11 kwietnia 2009

Gra anioła

Człowiek nie wie, czym jest pragnienie, dopóki się nie napije

Znajomi mi czytelnicy dzielą się na takich, którym poprzednia książka Zafona, "Cień wiatru" albo podobała się ogromnie albo ich potwornie zniesmaczyła. Nie ma wobec niej uczuć lekkich, są albo podgrzane, jak wrzątek, albo niechęć tak lodowata, jak Bałtyk zimą. Już Wiecie, że ja nie mogłam się po przeczytaniu "Cienia wiatru" książki nachwalić. I z tym większym zainteresowaniem i lekkim już nawet zniecierpliwieniem czekałam na kolejną na naszym rynku książkę Zafona, "Grę Anioła", która jest kolejną częścią jego barcelońskiej trylogii (mimo, że chronologicznie akcja książki dzieje się wcześniej niż "Cień wiatru").

"Za każdym razem, kiedy książka przechodzi z rąk do rąk, kiedy ktoś nowy zaczyna ją czytać, jej duch rośnie i staje się potężniejszy".

Świat Zafonowskiej Barcelony jest niezwykły. Miasto to w jego książkach jest ogromnie tajemnicze, jakby przepełnione nutą nostalgii i tęsknoty za tym, co minęło. To również miasto pełne tajemnych zakamarków, krętych zaułków, kamienic, o istnieniu których zdaje się nie wiedzieć prawie nikt, domów, które mają dusze, tajemniczych księgarzy mających swoje wielkie sekrety ale nadto kochających książki.

"(...) jeśli rzeczywiście chcesz poświęcić się pisaniu, albo przynajmniej pisać, żeby inni cię czytali, musisz się przyzwyczaić, że ludzie będą cię czasami ignorować, obrażać, lekceważyć, a niemal zawsze okazywać obojętność. To jedna z zalet tego zawodu".

W "Grze Anioła" opowieść snuta jest o młodym dziennikarzu, Davidzie Martinie, który pewnego dnia na swojej drodze spotyka nieznajomego, który proponuje mu interesujący układ. David ma bowiem napisać dla niego dość nietypową książkę. W zamian za co? Jaką cenę będzie mieć ta niezwykła propozycja, o, tego już dowiecie się z lektury.

„(…) dopóki jest na świecie choćby jedna jedyna osoba zdolna sięgnąć po książkę i ją przeczytać, przeżyć, dopóty istnieje cząsteczka Boga lub życia.”

Czytałam zarzuty, że książka jest dość przewidywalna, że czytelnik szybko orientuje się kim jest tajemniczy pryncypał Davida, jednak przyznam się, że dla mnie nie stało się to rzutującym na lekturę problemem. Owszem, być może ciekawie było by gdyby Zafon potrzymał nas chwilkę dłużej w niepewności, jednak szczerze mówiąc, nie jestem przekonana, że to coś by zmieniło, gdyż nie świadomość znania niezwykłej tożsamości pryncypała jest najważniejszą ideą książki.

"Znalazła blaszane pudełko z mosiądzu pełne starych zdjęć. Były to fotografie z dawnych czasów, stare pocztówki z Barcelony, na których widniały pałace zburzone w parku Ciudadela po Wystawie Światowej w 1888 roku, wielkie, zrujnowane kamienice i aleje pełne ludzi ubranych elegancko według ówczesnej mody, powozy i wspomnienia w kolorach mojego dzieciństwa. Zagubione twarze i oczy spoglądały na mnie z oddalenia trzydziestu lat. Wydawało mi się, że na wielu z tych fotografii rozpoznaję twarz aktorki, w latach mego dzieciństwa dość popularnej ale teraz już zapomnianej. Izabella przyglądała mi się w milczeniu."
Park Ciutadela

Słowa i misterium ich wiedzy tajemnej fascynowały mnie i były kluczem do świata bez granic, z dala od mojego domu, od ulic i tych szarych dni, kiedy nawet i ja miałem wrażenie, że nic szczególnego mnie nie czeka.”

Jak napisałam powyżej, książka Zafona wciągnęła mnie w swój tajemny świat, znowu odniosłam wrażenie, że stąpam wraz z głównym bohaterem po kocich łbach starej Barcelony z początku XX wieku, że wraz z nim przemierzam miejsca, o których wielu już zapomniało, to z nim wreszcie trafiłam ponownie na barcelońskiego Cmentarza Zapomnianych Książek, wraz z Davidem wreszcie odkrywam straszne tajemnice i sekrety ludzi, których spotykał na swojej drodze.....Mnie się podobała i serdecznie polecam :)

"Wszystko jest opowieścią. To, w co wierzymy, to, co poznajemy, co pamiętamy, a nawet to, co śnimy. Wszystko jest opowieścią, narracją, sekwencją zdarzeń i osób przekazujących sobie emocje".

piątek, 10 kwietnia 2009

Chorzy na miłość


Miłość przybiera różne postaci. Potrafi być piekłem uzależnienia od przemocy i jedyną szansą na ratunek prawdziwych uczuć i godności. David Soria, profesor literatury, zmaga się z samotnością i słabością swego charakteru. Na koncercie spotyka Anę Bron, wiolonczelistkę. Zauważa na jej szyi ślady duszenia i to staje się początkiem jego zainteresowania kobietą i plątaniną jej losów. Okazuje się, że Ana tkwi w pełnym brutalności i namiętności związku z pianistą, Rumunem Bogdanem Vasile, nie potrafiąc, mimo strachu i upokorzenia, zrezygnować z wypełnionej chorą ekstazą miłości. Jednak spotkanie Davida daje jej szansę na uwolnienie się z ramion szalonego kochanka, Davidowi zaś pozwala na próbę uwolnienia się od pełnej błędnych wyborów, nieszczęśliwej przeszłości. Czy Ana zrozumie mrok swoich potrzeb emocjonalnych wywołanych tajemniczymi wspomnieniami z dzieciństwa? Czy David zda egzamin z bycia prawdziwym mężczyzną? Znakomicie napisana, pełna świetnie utkanych wątków powieść "Chorzy na miłość" pozwoli poznać odpowiedzi na te pytania. I, być może, postawi nam następne. Gorąco polecam!

niedziela, 5 kwietnia 2009

Kiedy byłem dziełem sztuki

Nie ma nic bardziej względnego niż piękno. Jedna róża to piękno. Dziesięć róż to coś drogiego. Sto róż to nuda.

Kolejna książka Erica Emmanuela Schmitta „Kiedy byłem dziełem sztuki“ nie jest być może tak rozchwytywana, jak najpopularniejsze dzieło autora „Oskar i pani Róża“, ale na pewno warta przeczytania. Nowa powieść Schmitta porusza problemy sztuki, jej odbioru i... człowieczeństwa. Chciałoby się nawet dopisać - człowieczeństwa sztuki. Nie jest to książka podobna do

poprzednich, nie tryska humorem, ale jest pełna mądrości i sensów, które na pewno znamy, tyle tylko, że czasem trudno nam je w życiu stosować.





"Co niezastąpionego mam w sobie? To, moje myśli. Moje troski. Moje przywiązania. Moje miłości."


Główny bohater, dwudziestoletni Tazio, mając świadomość, że nie jest nikim wyjątkowym - niczym nie wyróżnia się z tłumu ludzi, nie jest ani piękny, ani specjalnie brzydki - ma dosyć swojego dotychczasowego życia i postanawia popełnić samobójstwo. Dotąd żył w cieniu swoich braci, bliźniaków o boskiej urodzie, którzy od najmłodszych lat uważani byli za ikony piękna współczesnego świata. Tazio staje więc na skale nad brzegiem morza i kiedy już ma się rzucić w spienioną wodę, nagle obok niego pojawia się pewien człowiek. Obiecuje dać mu nowe, pełne sławy i sukcesów życie. Po chwili wahania młody bohater godzi się na to i wraz z tajemniczym mężczyzną wyrusza do jego rezydencji. Okazuje się, że ów nieznajomy jest jednym z najbogatszych i najbardziej znanych na świecie artystów. Zeus Peter Lama oprowadza Tazia po pokojach swojego gigantycznego domu - Pępinusa, pokazując jego przedziwny wystrój oraz obyczaje, jakie w nim panują. Podczas przechadzki opowiada historie swoich ośmiu małżeństw i tragicznych śmierci, jakie spadały na jego kolejne żony.

Człowieczeństwo jest dobrem niezbywalnym, którego nie można się pozbyć, ani nie można zostać go pozbawionym.


Tazio jest pod wrażeniem szczęścia, jakie go spotkało. Dowiaduje się bowiem, że dla Zeusa Petera Lamy jest kimś wyjątkowym - a raczej ma posłużyć jako materiał do stworzenia rzeczy jedynej w swoim rodzaju. Jedynym warunkiem, jaki stawia Zeus, jest to, że Tazio musi podpisać oświadczenie, w myśl którego na zawsze zrzeknie się swojego człowieczeństwa i do końca życia odda się w ręce artysty. Dwudziestolatek bez chwili wahania podpisuje dokument i zostaje poddany tajemniczej operacji. Kiedy odzyskuje świadomość i spogląda na to, co początkowo było jego ciałem, zaczyna rozumieć, że stał się pierwszą na świecie żywą rzeźbą. Okres rekowalescencji, powrotu do sił, gojenia się ran, zasklepiania się szwów i miejsc, do których zostały wprowadzone implanty, trwa dość długo i jest bardzo bolesny.


– Powinieneś mnie słuchać i pozować nago.
– Nie.
– Nie będziesz wiecznie chodził w tych cudacznych spodenkach!
– O ile wiem, myszka Miki nigdy nie zdjęła swoich majteczek.


Kiedy w końcu zostaje zaprezentowany na jednym z bankietów Zeusa, zaczyna święcić triumfy. Po szeregu sukcesów i rozgłosie w mediach, Adam bis - rzeźba, którą stał się Tazio, pragnie prywatności i odosobnienia. Nie godzi się na to, rzecz jasna Zeus, uświadamiając Adamowi, że jest on teraz tylko i wyłącznie przedmiotem będącym w posiadaniu artysty. Następuje zwrot akcji, kiedy Adam bis przestaje traktować artystę jako dobroczyńcę i próbuje odzyskać swoje podstawowe prawo - chce przestać być rzeczą, a znowu stać się człowiekiem.


Sława lepiej pasuje zmarłym (...) to wypożyczony strój, żywi wyglądają w nim śmiesznie.


Książka stawia przed czytelnikiem szereg pytań, na które musi on sobie podczas lektury odpowiedzieć. Po pierwsze, jak wiele człowiek jest w stanie oddać, jak bardzo może się „poświęcić" tylko po to, aby zakosztować sławy? Można zapytać także w inny sposób: jak bardzo okrutnym trzeba być, aby odbierać człowiekowi jego wolność, mamiąc go obietnicami chwały i spełnienia? Po drugie, książka stawia fundamentalne pytanie o kształt współczesnej sztuki. Czy aby zaistnieć jako artysta wystarczy w dzisiejszych czasach już tylko szokować? Czy piękno, klasyka i estetyka już dawno odeszły do lamusa? Czy brutalność, wulgarne wykorzystanie siebie, swojego ciała podczas banalnych performances są tym, czego współczesny wielbiciel sztuki poszukuje? Serdecznie polecam – nie tylko wielbicielom sztuki.


Trzeba hałasu, żeby usłyszeć ciszę.

czwartek, 2 kwietnia 2009

Oskar i Pani Róża

"Kompletnie zbaraniałem, kiedy zobaczyłem Twój posąg, stan, w jakim się znajdujesz, przykuty do krzyża, prawie goły, wychudzony, z ranami na ciele, twarzą, po której spływa krew od cierni i głową ledwie trzymającą się na szyi. Pomyślałem o sobie. I zezłościłem się. Gdybym był Bogiem, jak Ty, na pewno nie dałbym się tak załatwić."

Dzisiaj chciałabym zachęcić was do sięgnięcia po książki Erica Emmanuela Schmitta. Książki Schmitta to powiastki filozoficzne, które trafiają do czytelnika i wzruszają nawet najbardziej zatwardziałe serca. Taką powiastką jest "Oskar i Pani Róża".

"Codziennie patrz na świat, jakbyś oglądał go po raz pierwszy."

Książka ta traktuje o historii 10-cio letniego Oskara, cierpiącego na nieuleczalną chorobę - białaczkę. W szpitalu chłopiec spotyka wolontariuszkę panią Różę - dobrego ducha i odtąd jego życie się zmienia.

"Życie to taki dziwny prezent. Na początku się je przecenia: sądzi się, że dostało się życie wieczne. Potem się go nie docenia, uważa się, że jest do chrzanu, za krótkie, chciałoby się niemal je odrzucić. W końcu kojarzy się, że to nie był prezent, ale jedynie pożyczka. I próbuje się na nie zasłużyć."

Pani Róża uczy go miłości do Boga i zachęca do pisania listów, w których Oskar podsumowuje każdy dzień życia darowany mu przez Stwórcę. Wolontariuszka, niczym dobry anioł pomaga chłopcu i jego rodzicom przeżyć najcudowniejsze dla nich Święta Bożego Narodzenia, po których Oskar opuszcza ich wszystkich. Eric Emmanuel Schmitt poprzez historię Oskara chce przekazać nam czytelnikomprawdę o czekającej nas wszystkich śmierci.

"Leżała na łóżku jak Królewna Śnieżka czekająca na swojego królewicza, kiedy tym bałwanom krasnoludkom wydaje się, że nie żyje, Królewna Śnieżka jak na zdjęciach, na których śnieg jest niebieski, a nie biały."
"i pomyślałem, że właściwie moja żona Peggy może mieć kolor, jaki zechce, a ja i tak będę ją kochał."

Pokazuje nam jak wiele zalezy od nas samych i naszego podejścia do życia. Książka ta pozwala nam nabrać dystansu do spraw przyziemnych i skłania do refleksji nad życiem i przemijaniem.

"Ludzie boją się umierać, bo odczuwają lęk przed nieznanym. Ale właściwie co to jest nieznane? Proponuję ci, Oskarze, żebyś się nie bał, żebyś był ufny. Spójrz na twarz Pana Boga na krzyżu: znosi cierpienie fizyczne, ale nie cierpi duchowo, bo ufa. I nawet gwoździe już mu tak nie doskwierają. Powtarza sobie: boli mnie, ale nie ma w tym nic złego. To są korzyści, jakie przynosi wiara"


Kolejną pozycją Schmitta jest "Pan Ibrahim i Kwiaty Koranu". Jest to historia chłopaka z rozbitej rodziny żydowskiej, zaniedbywanego przez ojca. Jedynym jego przyjacielem, opiekunem jest Ibrahim - sprzedawca i jedyny muzułmanin w żydowskiej dzielnicy Paryża. Po samobójczej śmierci ojca Ibrahim bezinteresownie mu pomaga i adpoptuje jako syna.
Razem wyruszają w podróż po Europie i Azji. Przeżywają wiele przygód, Ibrahim cały czas tłumaczy adoptowanemu synowi jak żyć, uczy go, by porzucił egoizm, uczy miłości. Książka ta jest pełna fantastycznych i poruszających przemyśleń filozoficznych...

Gorąco polecam!

niedziela, 29 marca 2009

Miłość w czasach zarazy

„Kiedy kobieta postanawia przespać się z jakimś mężczyzną, nie ma takiego parkanu, którego by nie przeskoczyła, fortecy, której by nie zdobyła, ani jakiejkolwiek normy moralnej, której nie byłaby gotowa złamać: i nie ma takiego Boga, który by ją powstrzymał.“





Jakiś czas temu natknęłam się na „Miłość w czasach zarazy”. Tytuł, co prawda, nie zabrzmiał zbyt interesująco i jednoznacznie skojarzył mi się z typowym romansem historycznym, ale pomyślałam sobie, że Marquez – Mistrz Realizmu Magicznego- nie mógłby napisać czegoś tak banalnego. Odczuwając niedosyt po przeczytaniu „Stu lat samotności”, dałam się ponieść w magiczny świat Karaibów po raz drugi. I nie zawiodłam się. Muszę przyznać, że „Miłość w czasach zarazy” jest jedną z najoryginalniejszych książek, jakie przeczytałam. Od razu umieściłam ją na mojej prywatnej liście bestsellerów.


„Pamięć serca unicestwia złe wspomnienia, wyolbrzymiając dobre, (...) dzięki temu mechanizmowi udaje nam się znosić ciężar przeszłości.“



Historia niewiarygodnej miłości niewydarzonego poety Florentina Arizy do równie pragmatycznej i rzeczowej co temperamentnej piękności Ferminy Dazy łamie stereotypy wierności i uwielbienia do ukochanej. Nie znajdziemy tu miłości platonicznej, lecz pełne napięcia oczekiwanie na spełnienie młodzieńczego uczucia, nie ma wierności nieskażonej zdradą przez lata, lecz rozpaczliwe wypełnienie czasu oczekiwania kolekcjonowaniem zakazanych doznań miłosnych. W takim świecie rozwija się przekonująca swoją prostotą miłość, która mimo dużej różnicy czasu pomiędzy jej pojawieniem się a spełnieniem nie traci nic ze swej niewinności i świeżości. Marquez stwarza różnorodny świat relacji damsko-męskich osadzając je w magicznym świecie pełnym humoru i charakterystycznych detali:

przedziwnych przyzwyczajeń bohaterów, zaskakujących historii ich życia. Bogactwo postaci i wątków nie tłumi głównego nurtu powieści i nie przyćmiewa zachwytu nad wyjątkowym światem stworzonym przez autora.


„W życiu publicznym trzeba nauczyć się panować nad strachem, w życiu małżeńskim trzeba nauczyć się panować nad wstrętem.“


Czego uczy powieść Marqueza? Na to pytanie trudno jednoznacznie odpowiedzieć. Wydaje mi się, iż autor chciał pokazać czytelnikowi jak ważna jest cierpliwość. Florentino nigdy nie przestał kochać Ferminy, a jego czekanie w końcu zostało nagrodzone. Jeśli uparcie do czegoś dążymy, z pewnością uda nam się to osiągnąć. Nie można rezygnować z realizacji marzeń, gdyż to prowadzi do poczucia bezsilności wobec losu.


„Istoty ludzkie nie rodzą się raz na zawsze w dniu, w którym matki wydają je na świat, ale życie zmusza je do ponownego i wielokrotnego rodzenia samych siebie.“


Autor uzmysławia czytelnikowi, że miłość jest najpotężniejszym z uczuć, które wcześniej, czy później zawsze zwycięża. Dlatego nie powinniśmy przed nim uciekać i mówić, że potrafimy bez niego żyć. Miłość uczy nie tylko kompromisów i akceptacji, ale także całkowitego oddania drugiej osobie.


„Kapitan spojrzał na Ferminę Dazę i dostrzegł na jej rzęsach pierwszy blask zimowego szronu. Następnie popatrzył na Florentina Arizę, jego niezłomne opanowanie, nieustraszoną miłość i przeraziło go spóźnione podejrzenie, że to nie śmierć, ale właśnie życie nie ma granic”.


Oto jedne z ostatnich zdań utworu. Wydaje mi się, że miłość, do której bohaterowie dojrzewali przez ponad pięćdziesiąt lat, zmieniła jesień ich życia w tętniącą młodością wiosnę. Marquez chce uświadomić czytelnikowi, że młodymi możemy być przez całe życie, ale pod warunkiem, że będziemy umieli kochać i w pełni akceptować drugą osobę. Miłość uskrzydla i odejmuje lata.

„Dzieci kocha się nie dlatego, że są dziećmi, ale z przyjaźni, która towarzyszy ich wychowaniu.“


Mnie zaś wciąż nurtuje pytanie:

Jak można kochać kogoś tak mocno? Widocznie można O czym świadczy jeden z moich ulubionych cytatów z tej książki:


„Kocham cię nieustannie i nieprzerwanie od 51 lat, 9 miesięcy i 4 dni“


Książkę Gabriela Garcii Marqueza gorąco wszystkim polecam. Czyta się ją jednym tchem. Może zachwycić lub zbulwersować, ale nie można pozostać wobec niej obojętnym.

„To, co się robi w łóżku, nigdy nie jest niemoralne, jeśli przyczynia się do utrwalenia miłości.“

Równie gorąco chciałabym polecić państwu fenomenalny film będący adaptacją książki Marguez'a: Miłość w czasach zarazy


piątek, 27 marca 2009

Dziewczyna z pomarańczami

Witam ponownie po krótkiej przerwie. Bardzo przepraszam za niezamierzoną absencję, ale ostatnimi czasy wszelkie sprzęty elektroniczne które znajdują się w pobliżu mnie dziwnym trafem odmawiają posluszeństwa:/

Na początek – zgrabna, choć prosta fabuła. Niezmiennie zachwycająca "Dziewczyna z pomarańczami".




„Pytam jeszcze raz: co byś wybrał, gdybyś miał taką szansę? Zdecydowałbyś się żyć na Ziemi przez krótką chwilę, aby po kilkudziesięciu krótkich latach zostać wyrwanym z tego świata i nigdy już tu nie powrócić? Czy też byś z tego zrezygnował? Masz tylko tę alternatywę. Takie bowiem są reguły. Jeśli wybierzesz życie, wybierzesz także śmierć”.

To pytanie jest zasadniczym mottem tej – przyznaję szczerze – najpiękniejszej przeczytanej przeze mnie powieści. Jej fabuła jest prosta: piętnastoletni chłopiec dostaje, znaleziony przez swoją babkę, list od nieżyjącego od jedenastu lat ojca. Żeby bardziej przybliżyć temat, napiszę, że to opowieść o miłości do kobiety i o miłości do życia. Reszty opowiedzieć nie mogę, bo nawet gdybym starała się ze wszystkich sił, nie udałoby mi się oddać całego piękna tego opowiadania ani opisać zadziwiającej magii rzeczywistości, którą umieścił w nim autor (do tej pory nigdy nie myślałam, że rzeczywistość może być magiczna).

Muszę też napisać, że nie jest to pozycja dla ludzi, którzy boją się płakać, boją się pytań, a jeszcze bardziej – odpowiedzi. Nie jest to również proza wesoła, ale i nie pozostawia po sobie tej ohydnej kropli żalu, że coś się nie skończyło, że czegoś tu brakuje. Nie przesadzę, jeśli powiem, że to powieść idealna. Pozostaje po niej tylko pragnienie postrzegania świata w taki sposób, w jaki postrzega go bohater – autor listu.

„Boję się (...). Boję się wyrzucenia z tego świata. Boję się takich wieczorów jak ten, kiedy nie będzie mi już wolno żyć” – napisał Gaarder, wkładając tę wypowiedź w treść listu, i, stawiając nas twarzą w twarz z tym strachem, zadaje nam pytanie, co byśmy wybrali – życie, a potem ów strach, czy może nieistnienie. Wnioski z odpowiedzi nasuwają się same.

„Powiedziałem: - Wyobraź sobie, że stoisz u progu tej wielkiej baśni, wiele miliardów lat temu, kiedy wszystko powstało. Możesz zdecydować, czy kiedyś urodzisz się i będziesz żyć na tej planecie. Nie wiesz, kiedy by to miało być, ani też jak długo będziesz mógł tu pozostać, lecz o więcej niż kilkudziesięciu latach i tak nie może być mowy. Wiesz jedynie, że jeśli zdecydujesz się przyjść kiedyś na ten świat, gdy nadejdzie na to pora czy, jak mówimy, gdy „czas się dopełni”, będziesz również musiał rozstać się kiedyś z nim i wszystko opuścić. Być może przyprawi Cię to o wielki smutek, gdyż wielu ludzi uważa życie w tej niezwykłej baśni za takie cudowne, że łzy napływają im do oczu na samo wspomnienie nieuchronnego końca. Ogromnie boli myśl o chwili, w której nie będzie już następnych dni”.

Powieść ta pozwala na siebie spojrzeć z dwóch stron – chłopca, który czyta list lub ojca, który napisał go, kiedy jego syn był mały. Dlatego, mimo że „Dziewczyna z pomarańczami” została umieszczona na półce książek dla młodzieży, dorośli również mogą ją przeczytać (chyba że są zbyt normalni i czytają dla samego czytania).

„Myślę o tym, że tę dłoń, którą trzymam teraz, będę trzymał do ostatniej chwili, może leżąc w szpitalnym łóżku, może przez wiele godzin bez przerwy, aż do momentu, gdy wreszcie zdejmę cumę i odpłynę. Uzgodniliśmy, że tak właśnie się to stanie, ona już mi to obiecała. Przyjemnie o tym myśleć. A jednocześnie bezgranicznie smutno. Kiedy opuszczę ten wszechświat, puszczę ciepłą, żywą rękę, rękę Dziewczyny z Pomarańczami. Wyobraź sobie, Georg, wyobraź sobie, że również na tym drugim brzegu byłaby jakaś dłoń, której można by się złapać! Ale ja nie wierzę w istnienie jakiejś drugiej strony. Jestem tego niemal całkiem pewien. Wszystko, co istnieje, trwa dopóty, dopóki wszystko się nie skończy. Ale ostatnią rzeczą, której człowiek się trzyma, bywa czyjaś dłoń.

Napisałem, że jedną z najbardziej zaraźliwych rzeczy, jakie znam, jest śmiech. Ale zarazić się można również smutkiem. Inaczej jest ze strachem. On nie jest równie zaraźliwy jak śmiech i smutek, to dobrze. Ze strachem jest się niemal całkiem sam na sam.

Boję się, Georg. Boję się wyrzucenia z tego świata. Boję się takich wieczorów jak ten, kiedy nie będzie mi już wolno żyć”...

poniedziałek, 16 marca 2009

Chwila refleksji i powrót do inspiracji..

Wciąż pamiętam ów świt, gdy ojciec po raz pierwszy wziął mnie ze sobą w miejsce zwane Cmentarzem Zapomnianych Książek. Szliśmy ulicami Barcelony. Były pierwsze dni lata 1945 roku. Miasto codziennie dusiło się pod naporem szarego jak popiół nieba i słonecznego żaru, zalewającego Ramblę Santa Mónica strumieniem płynnej miedzi.

– Danielu, to, co dzisiaj zobaczysz, masz zachować wyłącznie dla siebie – ostrzegł mnie ojciec. – Nikomu ani słowa. Nikomu. Nawet twojemu przyjacielowi Tomasowi.
– Nawet mamie? – spytałem cichutko.
Ojciec westchnął, ukryty za tym swoim smutnym uśmiechem, który jak cień towarzyszył mu nieodłącznie przez całe życie.
– Nie, oczywiście, że nie – odparł, spuszczając głowę. – Przed nią nie mamy tajemnic. Mamie możesz mówić wszystko.

Szalejąca tuż po wojnie domowej epidemia cholery zabrała mi mamę. Pochowaliśmy ją na cmentarzu Montjuic w dniu moich czwartych urodzin. Pamiętam tylko, że padało przez cały dzień i całą noc, a kiedy zapytałem tatę, czy niebo też płacze, nie był w stanie słowa z siebie wykrztusić. Mimo upływu sześciu lat nieobecność mamy była dla mnie wciąż jakimś omamem, krzykiem ciszy, której nie potrafiłem jeszcze zagłuszyć słowami. Mieszkaliśmy z ojcem na ulicy Santa Ana, tuż przy placu kościelnym. Nasze małe mieszkanie mieściło się bezpośrednio nad antykwariatem specjalizującym się w sprzedaży zarówno rzadkich egzemplarzy dla bibliofilów, jak i książek używanych. Ten magiczny bazar odziedziczony po dziadku miałem z kolei ja przejąć po ojcu, który nie miał co do tego najmniejszych wątpliwości. Wyrastałem pośród książek, zaprzyjaźniając się z niewidzialnymi postaciami żyjącymi na rozsypujących się w proch stronach, których kolor mam do tej pory na palcach. Jeszcze jako mały dzieciak nauczyłem się zasypiać, opowiadając mamie w półmroku pokoju, co takiego zdarzyło się w ciągu dnia, co spotkało mnie w szkole, czego nowego się nauczyłem. Nie mogłem usłyszeć jej głosu ani poczuć jej dotyku, ale jej aura i ciepło obecne były w każdym zakątku mieszkania, a ja, podzielając wiarę tych, którzy mogą jeszcze zliczyć swój wiek na palcach obu rąk, wiedziałem, że wystarczy zamknąć oczy i zacząć mówić do mamy, a ona, gdziekolwiek by się znajdowała, na pewno mnie usłyszy. Tata siedząc w pokoju jadalnym, słyszał mnie czasami i płakał skrycie.

Pamiętam, że tego czerwcowego dnia obudził mnie mój własny krzyk. Serce łomotało mi tak, jakby dusza chciała wyrwać się z piersi i uciec schodami w dół. Tata przybiegł natychmiast i wystraszony, przytulił mnie do siebie, usiłując uspokoić.
– Nie mogę przypomnieć sobie jej twarzy. Nie mogę przypomnieć sobie twarzy mamy – wyszeptałem bez tchu.
Tata objął mnie jeszcze mocniej.
– Nie bój się, Danielu, spokojnie. Ja pamiętam za nas obu.
Spojrzeliśmy na siebie, szukając słów, które nie istniały. Po raz pierwszy zdałem sobie sprawę, że mój ojciec starzeje się, a jego oczy, te zawsze przymglone i zagubione oczy, nieustannie patrzą wstecz. Wstał, rozsunął zasłony, by wpuścić chłodne światło świtu.
– No, dość tego. Pospiesz się, Danielu, ubieraj się. Chcę ci coś pokazać – powiedział.
– Teraz? O piątej rano?
– Istnieją takie miejsca, które trzeba i można oglądać jedynie w ciemnościach. – Ojciec nie ustępował, przesyłając mi zarazem tajemniczy uśmiech, zapożyczony najprawdopodobniej z jednego z tomów Aleksandra Dumas.

Gdy wychodziliśmy z bramy, miasto było jeszcze opustoszałe, po okrytych mgłą ulicach snuli się tylko gdzieniegdzie nocni stróże. Latarnie na Ramblas oświetlały jedynie opary w prowadzącej ku morzu alei, aczkolwiek ich rozrzedzone światła zaczynały już migotać, zwiastując rychłe przebudzenie się Barcelony i zrzucenie przez miasto ulotnego przebrania mglistej akwareli. Dotarłszy do ulicy Arco del Teatro, zapuściliśmy się w uliczki dzielnicy Raval, przechodząc pod arkadą rysującą się niczym sklepienie wzniesione z niebieskiej mgły. Szedłem za ojcem wąskim zaułkiem, wydeptaną ścieżką, bardziej niż ulicą, czując, jak za naszymi plecami coraz szybciej zanika poświata Rambli. Z dachów i z balkonów zaczął zsuwać się ukośnymi strugami poranny brzask, nie docierając w ogóle na ziemię. W końcu ojciec zatrzymał się przed drzwiami z litego, sczerniałego od starości i wilgoci drewna. Przed nami wznosił się budynek przypominający wrak budowli, która kiedyś była pałacem lub siedzibą muzeum gromadzącego wyłącznie mary, cienie i pogłosy.

– Danielu, pamiętaj, że o tym, co zaraz ujrzysz, nie będziesz mógł powiedzieć nikomu. Pamiętaj: nikomu, nawet twojemu przyjacielowi Tomasowi. Nikomu.

Człowieczek o rysach drapieżnego ptaka i posrebrzonych włosach otworzył nam drzwi. Jego ostre, orle i nieprzeniknione oczy spoczęły na mnie nieruchomo.
– Witaj, Izaaku. Oto mój syn Daniel – obwieścił ojciec. – Niebawem skończy jedenaście lat, a w przyszłości przejmie po mnie księgarnię. Już dorósł dostatecznie, by poznać to miejsce.

Człowiek zwany Izaakiem nieznacznym skinieniem głowy zaprosił nas do środka. Wszystko przed nami zanurzone było w niebieskawym półmroku, który zaledwie pozwalał się domyślać zarysu marmurowych schodów i obecności korytarza pokrytego freskami zapełnionymi aniołami i baśniowymi stworami. Ruszyliśmy za strażnikiem owym zamkowym korytarzem i dotarliśmy do wielkiej okrągłej sali, najprawdziwszej bazyliki ciemności zwieńczonej kopułą, z której wysokości padały snopy światła. Niezmierzony labirynt korytarzyków, regałów i półek zapełnionych książkami wznosił się po niewidoczny sufit, tworząc ul pełen tuneli, schodków, platform i mostków, które pozwalały się domyślać przeogromnej biblioteki o niepojętej geometrii. Na wpół ogłupiały spojrzałem na ojca. Uśmiechnął się i puścił do mnie oko.

– Danielu, witamy na Cmentarzu Zapomnianych Książek.
W głębi dostrzec można było z tuzin kręcących się po korytarzykach i platformach postaci. Kilka z nich odwróciło się i pozdrowiło nas z daleka. Zdołałem wówczas rozpoznać twarze kolegów ojca ze stowarzyszenia antykwariuszy. W oczach dziesięciolatka panowie ci jawili mi się niczym tajne i spiskujące bractwo alchemików. Ojciec przyklęknął i patrząc mi prosto w oczy, przemówił łagodnym głosem, tym szczególnym głosem bardzo osobistych wyznań i przyrzeczeń.
– To miejsce, Danielu, jest tajemnicą i miejscem świętym. Każda znajdująca się tu książka, każdy tom, posiadają własną duszę. I to zarówno duszę tego, kto daną książkę napisał, jak i dusze tych, którzy tę książkę przeczytali i tak mocno ją przeżyli, że zawładnęła ich wyobraźnią. Za każdym razem, gdy książka trafia w kolejne ręce, za każdym razem, gdy ktoś wodzi po jej stronach wzrokiem, z każdym nowym czytelnikiem jej duch odradza się i staje się coraz silniejszy. Już dawno temu, wtedy kiedy mój ojciec mnie tu przyprowadził, miejsce to miało swoje lata i było stare. Może nawet tak stare jak samo miasto. Nikt na dobrą sprawę nie wie, od kiedy to miejsce istnieje ani kto je stworzył. Teraz powiem ci to, co powiedział mi mój ojciec. Kiedy jakaś biblioteka przestaje istnieć, kiedy jakaś księgarnia na zawsze zamyka podwoje, kiedy jakaś książka ginie w otchłani zapomnienia, ci, którzy znają to miejsce, my, strażnicy ich dusz, robimy, co w naszej mocy, aby te bezdomne książki trafiły tutaj. Bo tutaj książki, o których nikt już nie pamięta, książki, które zagubiły się w czasie, żyją nieustającą nadzieją, iż pewnego dnia trafią do rąk nowego czytelnika, że zawładnie nimi nowy duch. W księgarni sprzedajemy i kupujemy książki, ale w rzeczywistości one nie mają właściciela. Każda, którą tu widzisz, była czyimś najlepszym przyjacielem. A teraz te książki mają tylko nas, Danielu. Potrafisz zachować ten sekret?

Wzrok mój zagubił się w ogromie przestrzeni, w jej czarodziejskim świetle. Przytaknąłem ruchem głowy, a ojciec uśmiechnął się.
– No, dobrze, a wiesz, jaką mam dla ciebie niespodziankę? – zapytał.
Milcząco pokręciłem głową.
– Przyjęte jest, że osoba, która po raz pierwszy odwiedza to miejsce, musi wybrać sobie dowolną książkę i przyjąć ją pod swoją opiekę, zaadoptować ją, tak by nigdy nie dotknęło jej zapomnienie. To bardzo ważne przyrzeczenie. Na całe życie – dodał mój ojciec. – A dziś ty musisz dokonać wyboru.

Przez niespełna pół godziny błądziłem po zakamarkach tego labiryntu, nad którym unosiła się woń starego papieru, kurzu i magii. Pozwalałem swoim dłoniom wędrować po niekończących się rzędach wystających grzbietów, kusząc los, żeby pokierował moim wyborem. Zerkałem na spłowiałe tytuły, słowa w rozpoznawanych przeze mnie językach i w wielu innych językach, których nie byłem zdolny czemukolwiek przyporządkować. Kręciłem się po korytarzach i spiralach tuneli zapełnionych setkami, tysiącami tomów sprawiających wrażenie, że wiedzą o mnie więcej niż ja o nich. Dość szybko zawładnęła mną myśl, iż pod okładką każdej z tych książek czeka na odkrycie bezkresny wszechświat, podczas gdy za tymi murami życie upływa ludziom na futbolowych wieczorach, na radiowych serialach, na własnym pępku i tyle. I może ta myśl albo przypadek czy też los, powinowaty przypadku, sprawiły, że w tej samej chwili już byłem przekonany i właśnie wybrałem książkę do adopcji. A raczej książkę, która mnie usynowi. Wystawała niepozornie ze skraju jednego z regałów, oprawiona w skórę barwy czerwonego wina, i wyszeptywała swój tytuł złotymi literami płonącymi w spływającym spod kopuły świetle. Podszedłem do niej i dotknąłem opuszkami palców słów, czytając w milczeniu:

Cień wiatru
JULIÁN CARAX




Wybaczcie proszę mój rozwlekły wstęp ale chciałam się w jakiś sposób usprawiedliwić, wytłumaczyć.. ze swego zamiłowania do książek i literatury ogólnie. Mam nadzieję, iż powyższy fragment skłonił niektórych do sięgnięcia po magiczną (moim zdaniem) pozycję, jaką jest "Cień Wiatru", natomiast osobom, które już doznały rozkoszy zapoznania się z treścią owej książki, przypomniały jej główny wątek, klimat i atmosferę.. Czasem dochodzę do wniosku, iż dla takich książek warto żyć.. i właśnie dla "takich książek" powstał mój blog, w którym postaram się naprowadzić czytelników na niesamowite perełki literackie wyszperane przeze mnie w ciągu ostatnich kilku lat. Serdecznie zapraszam do wspólnego przeżywania i odkrywania poetyckich historii na nowo.. jeszcze raz i od początku.. wciąż tak samo intensywnie, wciąż z tą samą pasją i zapałem, jak przy pierwszym pocałunku.. no dobrze - mój krótki wstęp wkracza na złe tory:) nie pozostaje mi więc nic innego jak zacgęcić państwa do zaparzenia sobie aromatycznej kawy i rozpoczęcia lektury mojego bloga!